niedziela, 31 lipca 2016

Ciężki czas przed świętami

Święta Bożego Narodzenia tuż tuż, a ja muszę już kupić bilet lotniczy, a ceny są strasznie wysokie. Niestety jak na razie mnie chyba nie stać i muszę coś wykombinować, aby spędzić ten czas z rodziną. A tak to każdy będzie blisko.  Czekałam na to aż 3 lata. 3 lata bez świąt z rodziną mogą przygnębić nawet najbardziej twardego człowieka. Gdy zaczyna się przedświąteczny okres, gdy wszystkie sklepy i witryny są przystrojone w choinki, bombki i mikołaje człowiek ''zatapia'' się w ich blasku. Tak działa magia świąt. Wszyscy stają się dla siebie życzliwsi, każdy z uśmiechem na twarzy podchodzi do drugiego człowieka. Choinka, światełka, przybrane witryny w sklepach tworzą magię świąt.
Przed wyjazdem a raczej wylotem trzeba wszystko jakoś upchać do jednej walizki, bo takie są niestety wymogi linii lotniczych. Och żeby to było takie proste. Ubrania plus prezenty dla 3 osób zajmują trochę miejsca i troszkę ważą. No ale jak tu nie kupować prezentów jak obdarowywanie jest takie przyjemne. Uśmiech na twarzy jest później bezcenny.
Wszystko przygotowane, bilety kupione, walizka spakowana (o dziwo wszystko się zmieściło). Jak to mówią komu w drogę temu czas.
Droga na lotnisko ciągła się niemiłosiernie. Korki, śnieg, samochodów od groma wszędzie. Dotarłam na lotnisko, szukam swego wejścia na odprawę. Myślę jeszcze tylko odprawa przed wlotem i już jedną nogą jestem w Polsce, u rodzinki. Jak to bywa w  tym okresie ludzi oczywiście i na lotnisku pełno. Wszystko ciągło się jak '' flaki z olejem''. W końcu siedzę w samolocie, myślę kto to usiądzie koło mnie, w duszy mam nadzieję, aby to nie było małe dziecko, bo z nimi to różnie bywa, bo to jednak godzinny lot samolotem. Na szczęście usiadło starsze małżeństwo. Podczas lotu przeprowadziliśmy miłą rozmowę, trochę powiedzieli o sobie, że lecą do wnuczków na święta. Pierwsze odwiedziny w Polsce od wielu lat. Dla nich to dopiero było przeżycie.
Lot przebiegł  bezproblemowo. Lądowanie, kontrola paszportowa i oczekiwanie na bagaż. Och, oby mój bagaż był cały i w nim cała zawartość. Nareszcie wszystko mam, teraz w drogę na przywitanie rodzinki. Przyjechali po mnie mama z tata, brat z synkiem. Urwis mały. Po wszystkich uściskach i całusach udaliśmy się do samochodu. Synek od brata nie mógł dłużej już wytrzymać i  w końcu zapytał. Ciociu, ciociu co mi przywiozłaś? Jak to z takimi dziećmi bywa, mówię mu: '' Antoś mam dla ciebie paczuszkę od świętego Mikołaja, a w niej same zabawki i mnóstwo słodyczy. Rozpakowywanie prezentów zajęło im dosłownie chwilkę. Kupiłam na stronie internetowej znanej firmy gry i puzzle. Zdecydowałam się  na Avengers - Puzzle Magic Decor, 5 sekund Junior-gra planszowa i 5 sekund-gra planszowa. Wydaję mi się, że są tam min. puzzle dla dzieci takich jak ty, słodkie czekolady i gry planszowe.'' Co to była za radość podczas rozpakowywania prezentów. Każdy na szczęście był zadowolony, a ja na długi czas nie zapomnę tych świąt spędzonych z rodzina. Na nic bym tego nie zamieniła.

Wspólny czas

U nas w każdą niedzielę był taki zwyczaj, że spotykaliśmy się w gronie rodziny lub znajomych na spędzaniu wspólnie czasu. Akurat teraz wypadło na to, że wszyscy, którzy będą dostępni i wolni spotkają się u nas, aby spędzić razem czas. To już taka nasza tradycja, aby nie zaniedbywać więzów rodzinnych.  Przed każdym spotkaniem ustalamy kto przynosi grę ze sobą oraz czy ma to być gra planszowa czy też puzzle lub klocki. Pamiętamy oczywiście o tym, że poziom trudności gry musi być dostosowany do wieku i umiejętności naszych dzieci. Chodzi o to by wszyscy brali czynny udział w zabawie i każdy mógł się dobrze bawić. Czasem dzielimy się na grupy tak by każde dziecko miało dorosłego w drużynie, wtedy gra jest jeszcze bardziej ciekawa. Choć zdarzało się też i tak, że to grupa dzieci przeciwko dorosłym wygrywała. Dzieci mają dużą wyobraźnię, spryt i bystrość umysłu. Niejeden dorosły mógłby się spalić ze wstydu przy pomysłach dzieci. Pewnej niedzieli, którą osobiście bardzo dobrze i mile zapamiętałam spotkaliśmy się z moimi rodzicami, zazwyczaj konserwatywni i mało aktywni we wszelako pojętych rozrywkach ludzie. Aby im ułatwić zadanie pozwoliłam im wybrać gre, z którą się u nas pojawią. Rodzice wybrali grę o nazwie: "5sekund". Dla nas było to bardzo fajne rozwiązanie gdyż dzieciaki miały już styczność z tą grą gdyż kilka dni wcześniej grały w grę pt.;"5sekund Junior", w wersję gry przeznaczoną dla młodszych dzieci, ze względu na ich młodszych kolegów. Gra zakupiona przez rodziców okazała się więc świetnym trafem. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się takiego przebiegu wydarzeń. Po przyjeździe rodziców najpierw zjedliśmy razem obiad a następnie przy kawie i herbacie zabraliśmy sie za czytanie instrukcji gry i ustalanie szczegółowych zasad gry. Juz na tym etapie było dużo śmiechu i zabawy. Gdy już ustaliliśmy zasady gry i podział na drużyny zaczęliśmy grać. Każda z drużyn miała czas, że była na prowadzeniu ale chwile potem już inna drużyna wychodziła na prowadzenie. Tym sposobem gra 5 sekund dała nam wiele emocji. Dzieci próbowały oszukiwać, żeby przechytrzyć rywali. Dorośli natomiast układali sobie różne cele strategiczne. Każdy na swój sposób próbował obrać drogę strategiczną do wygrania tej gry. Ostatecznie wygrał dziadek z wnuczkiem. Moim zdaniem jednak wszyscy byli wygrani, bo niedziela była spędzona w ciepłym gronie rodziny, mogliśmy się bardziej zintegrować i poświęcić sobie czas, którego tak mało jest w ciągu tygodnia. Dziadkowie już sie zapowiedzieli na kolejna niedziele, babcia powiedziała, że koniecznie musi sie odegrać i następnym razem wygra z dziadkiem. Jak się okazuje rodzice mają jeszcze wiele pozostałości z dzieciństwa, które warto pobudzić.

czwartek, 14 lipca 2016

Pierwszy dzień w przedszkolu

Dni robiły się coraz krótsze. Coraz wcześniej słoneczko chodziło spać. Kończył się czas zabaw na podwórku. Dzieci przygotowywały się do szkoły i przedszkola.
Mała Kasia po raz pierwszy miała pójść do przedszkola. Nie wiedziała, czy bardziej chce spotkać nowe koleżanki i kolegów, czy po prostu boi się nowego miejsca. Z jednej strony jest ciekawa świata i wszystkiego, co ma on do zaoferowania. Z drugiej zaś strony wszystko jest takie nieznajome i nieprzewidywalne. A w przedszkolu nie będzie ani mamusi, ani tatusia, którzy mogliby służyć radą i pomocą. Mała Kasia dużo wiedziała o przedszkolu, ponieważ jej koleżanka Zuzia już tam chodziła. Opowiadała jej o zabawach z koleżankami, o spacerach i leżakowaniu. O wspólnym czasie spędzonym na układaniu puzzli, graniu w gry lub wspólnym poznawaniu literek.
W końcu nadszedł ten dzień. Rano Kasia obudziła się bardzo wcześnie i szybko pobiegła do pokoju rodziców, aby sprawdzić, czy nie zapomnieli odprowadzić jej do przedszkola. Okazało się, że rodzice jeszcze smacznie spali. Kasia obudziła ich i rozpoczęli przygotowania do wyjścia. Było szybkie mycie, ubieranie, śniadanie i oczywiście podróż do przedszkola. Kasia z niecierpliwością czekała na spotkanie z nowymi koleżankami, panią z przedszkola i nowymi zabawkami.
Kiedy znaleźli się już w holu, Kasia zobaczyła inne dzieci, które jeszcze bardzo mocno tuliły się do rodziców, ale już zerkały w stronę sali, w której za chwilę miały rozpocząć się zajęcia. Po kilku całusach Kasia zdecydowała się pożegnać się z mamą i pobiec do sali, do której zapraszała uśmiechnięta pani. Po drodze inna dziewczynek podała jej rękę i tak z uśmiechem pomachały mamom na pożegnanie i zniknęły za drzwiami. Na pewno jesteście ciekawi, jak minął dziewczynkom dzień. Ale to tajemnica. W każdym bądź razie po południu, kiedy mama przyszła odebrać Kasię, zastała ją promienną i rozbawioną. Kasia chciała opowiedzieć mamusi o wszystkim, co robiła, o wszystkich, których poznała, o tym, co jadła i jak leżakowała. Była bardzo szczęśliwa, że chodzi do przedszkola. Wy też możecie się przekonać, jak miło i przyjemnie mija czas w grupie kolegów i koleżanek, czy to w przedszkolu, czy w szkole. Najważniejsi są nasi najbliżsi, bo to oni sprawiają nam dużo radości.

Smutna Ola

Ola była małą dziewczynką. Miała długie jasne włosy, niebieskie oczy. Każdy, kto ją spotkał, chwalił ją za jej urodę. Ola była przekonana, że jest najładniejsza na świecie, że ładniejszej dziewczynki nigdzie nie ma. Gdy Ola skończyła trzy latka, rodzice posłali ją do przedszkola. Ola bardzo chciało chodzić do przedszkola. Od starszego brata, który chodził już do przedszkola dwa lata, widziała, że jest tam bardzo fajnie. W przedszkolu można bawić się tam do woli, bo jest tam dużo zabawek i dużo innych dzieci. Można grać w różne gry planszowe, układać puzzle. Do pierwszego dnia w przedszkolu Ola bardzo starannie się przygotowywała. Wystroiła się w najlepsze ubranie, uczesała ładnie włosy i uśmiechnięta poszła do przedszkola. Jednak pierwszy dzień Oli w przedszkolu nie należał do udanych. Mimo że w przedszkolu było dokładnie tak, jak opowiadał jej brat, było dużo zabawek i dużo dzieci, Oli czegoś brakowało. Była smutna i ciągle się dąsała. Panie w przedszkolu były bardzo miłe, próbowały pocieszać dziewczynkę, zagadywały rozmową, donosiły nowe zabawki, zapraszały do zabawy w grupie. Nic to jednak nie pomagało. Z przedszkola Ola wychodziła bardzo rozczarowana. Następnego dnia dziewczynka wstała wcześniej niż zwykle. Bardzo długo stroiła się przed wyjściem. Układała włosy, przebierała w strojach, zmieniała kokardki. Wystrojona razem z bratem poszła do przedszkola. Niestety, ten dzień w przedszkolu również nie należał do udanych. Ola i tym razem wracała z przedszkola ze smutną miną. Zaniepokoiło to mamę Oli. Zaczęła wypytywać dziewczynę o jej wrażenia z przedszkola. Ta chwile się zastanawiała i powiedziała mamie, że niektóre rzeczy się jej podobają, to że jest dużo zabawek
- Powiedz Olu, co w przedszkolu podoba ci się najbardziej?
Dziewczynka długo się zastanawiała, po namyśle odpowiedziała, że nikt nie chwali jej za jej urodę, za stroje, za piękne kokardy we włosach. Było jej przykro, ponieważ na co dzień wszyscy mówili jej, że jest bardzo ładna. Mama uśmiechnęła się pod nosem i wytłumaczyła Oli, że dzieci w jej wieku nie zwracają uwagi na takie rzeczy, ważne, aby była zawsze uśmiechniętą dziewczynką i serdeczną dla wszystkich. Teraz chyba rozumiem- powiedziała Ola. Od tej pory Ola chodziła do przedszkola z uśmiechem i z takim samym uśmiechem wracała. Nie stroiła się długo przed wyjściem, wiedział, że najwięcej urody, a także odwagi dodaje jej uśmiech. Wówczas wszystko przychodzi dużo łatwiej. Łatwiej poznać nowe literki, wierszyki i nowe koleżanki i nowych kolegów

Piłki do zabawy

Pewnego razu na placu zabaw dzieci bawiły się piłką koloru niebieskiego. Mały Marcin, mimo że był jeszcze mały, również chciał się bawić piłką. Pomyślał ileż to mogę siedzieć sam w domu i się nudzić, co prawda miał swego ulubionego przyjaciela, z którym często układał puzzle takie jak Farmer miki czy Droga mleczna. Więc postanowił wybrać się na dwór i pograć z innymi w piłkę.  Gdy w końcu koledzy podali do niego piłkę, ucieszył się bardzo. Postanowił, że postara się ją podrzucić z całej małej siły, jaką posiadał. Ta mała siła nie była taka mała, zwłaszcza w momentach, kiedy Marcin bardzo się starał. Tak było właśnie tym razem. Marcin podrzucił tak wysoko piłkę, że nie było jej widać. Piłka była niebieska i po prostu nie było jej widać na tle równie niebieskiego nieba. Dzieci próbowały ją wypatrzeć, zadzierając głowy do góry, lecz po pewnym czasie zmęczone zaczęły jedynie wyczekiwać, aż spadnie z powrotem na ziemię. Jednak dzieci i tym się zmęczyły, ponieważ piłki ciągle nie było widać. Wszyscy zaczęli potrzeć z podziwem na Marcina. Tymczasem nadleciał ptaszek, który z niecierpliwością kręcił się nad głowami dzieci. Po chwali odfrunął w kierunku drzewa i wówczas dzieci zauważyły, że piłka jest na drzewie. Była wysoko między gałęziami. Żadne z dzieci nie mogło jej dosięgnąć. Tym bardziej nie mógł jej dosięgnąć mały Marcin. Dzieci próbowały wspinać się na drzewo, ale nikomu się to nie udawało. Ostatnia próba należała do Marcina. Mimo wysiłku nie był w stanie wspiąć się do piłki. Wówczas Marcin zaczął trząść drzewem. Trząsł mocno, mocno, z całej małej siły, jaką miał. Po pewnym czasie piłka spadła. Ale co to. Piłka była żółta. Czyżby zmieniła kolor? Nie, okazało się, że na drzewie była również piłka żółta. Marcin nie zważał na kolor, szybko chwycił piłkę, i tak jak poprzednio podrzucił ją z całej małej siły, jaką posiadał. Piłka poleciała do góry wysoko, wysoko. Tym razem nie zniknęła na tle nieba. Była przecież żółta. Widać ją było wyraźnie. Piłka znowu leciała w kierunku drzewa. Uderzyła w gałąź, na której leżała piłka niebieska i po chwili obie piłki spadły na ziemię. Dzieci się bardzo ucieszyły. Miały dwie piłki do zabawy. Bawiły się długo. Piłką bawił się również Marcin. Nie używał jednak już całej swojej małej siły. Okazało się bowiem, że mały Marcin miał już całkiem dużo, dużo siły.

Przyjaciółka starszej pani

W małym miasteczku mieszkała mała dziewczynka, która miała na imię Anielka. Była bardzo dobra i uczynna. Wszyscy ją znali jako dziewczynkę, która nade wszystko lubiła pomagać innym. Pomagała młodszym i starszym, chłopcom i dziewczynkom, a także zwierzętom i roślinkom. Pomagała często starszej pani, która mieszkała w malutkim domku niedaleko lasu. Pani mieszkała sama i nie była w stanie poradzić sobie z pracami domowymi. Dziewczynka pomagała jej sprzątać, robiła zakupy, zajmowała się ogródkiem, a także ulubionym psem właścicielki. Bardzo się starała, aby starszej pani było dobrze i nie czuła się samotnie.  Anielka dla umilenia czasu śpiewała starszej pani przepiękne pieśni, starała się umilić czas także grami i puzzlami.  Dziewczynka miała bardzo dobre serduszko. Starała się pomóc każdemu, kto potrzebował pomocy. Nie czuła trudów ani zmęczenia, bo po prostu bardzo lubiła pomagać. Sprawiało jej to prawdziwą radość i przyjemność. Starsza pani widziała często, jak Anielka w pośpiechu krząta się po domu, aby zdążyć z pomocą do innych. Wtedy właśnie starsza pani ofiarowała dziewczynce niezwykły dar. W nagrodę za jej ofiarną pomoc podarowała Anielce skrzydła. Nie były to byle jakie skrzydła, tylko niezwykłe - prawdziwie anielskie skrzydła.
- Dzięki nim będziesz mogła latać i natychmiast znajdziesz się przy kimś, kto będzie potrzebował twojej pomocy - powiedziała starsza pani.
Anielka była bardzo zaskoczona, ale też niezmiernie uradowana. Natychmiast wypróbowała prezent. Rzeczywiście, ze skrzydełkami mogła dużo szybciej dotrzeć do potrzebujących! Okazało się jednak, że ludzie potrzebowali jej pomocy zarówno w dzień, jak i w nocy. Z lataniem w nocy był jednak pewien kłopot, bo w ciemnościach nasz aniołek często zaczepiał się o gałęzie, dachy i słupy. Był więc ciągle posiniaczony i podrapany. Gdy starsza pani ujrzała dziewczynkę po takiej nocnej wyprawie, dała jej jeszcze jeden prezent.
- Wyglądasz raczej jak łobuziak, a nie jak aniołek. Wręczam ci więc aureolkę, która świecąc nad twoją głową będzie oświetlać ci drogę. Będziesz mogła pomagać innym zarówno w dzień jak i w nocy.
Anielka była teraz dobrze przygotowana, aby nieść pomoc innym, tak w dzień jak i w nocy.
Od tego czasu wszystkie aniołki mają skrzydełka i aureolki.

Otarte kolano

W pewnej krainie, która leżała niedaleko i nieblisko, tak w sam raz, mieszkała mała dziewczynka o imieniu Sara. Sara była dziewczynką, która lubiła poznawać świat sama. Słuchała opowieści mamy, taty, dziadka, babci a nawet cioć i wujków, ale potem próbowała samodzielnie sprawdzić, czy mówili jej prawdę. Ostatnio mama opowiadała jej o cudownym lekarstwie na większość dolegliwości i chorób. Nie wiecie, co to może być? A może się domyślacie? Zdaniem mamy Sary był to uśmiech. Tak, tak, taki zwykły promienny uśmiech. Niby takie banalne a jednak. Kto by przypuszczał, sama zadawała sobie to pytanie.  Sara nie chciała w to uwierzyć, więc od razu przystąpiła do sprawdzania tego w praktyce. Pobiegła do dziadka i pyta:
- Dziadziusiu, czy boli cię coś dzisiaj?
- Och tak, moje dziecko – mówi dziadek – boli mnie noga, a także plecy i trochę serce. 
- To ja cię uzdrowię – odpowiedziała Sara – uśmiechnęła się najbardziej promiennie, jak tylko umiała. Dziadek popatrzył ze zdumieniem na swoją wnusię i uśmiechnął się również.
- Moja kochana, czuję, że boli mnie coraz mniej. Bardzo ci dziękuję za ten uzdrawiający uśmiech. Uradowana Sara pobiegła wypróbować swoją moc na babci. Babcia właśnie pracowała w ogródku. Jej również zadała to samo pytanie co dziadkowi i otrzymała podobną odpowiedź, na którą również postanowiła się uśmiechnąć bardzo szeroko.
Sara pobiegła do gabinetu taty, a babcia zastanawiała się nad zachowaniem wnusi. Biegnąc szybko, dziewczynka zaczepiła się i upadła. Otarła sobie kolano, więc się rozpłakała. Babcia szybko pobiegła do wnusi. Wzięła ją na ręce i zaniosła do domu. Opatrzyła ranę i starała się pocieszyć dziewczynkę, która głośno płakała. chciała odciągnąć jej uwagę od bólu więc starała się ja zagadać i zmienić temat więc zaczęła rozmawiać o puzzlach i grach. Lecz nawet to nic nie dało.  Przyszedł również dziadek, mama i tata. Niestety nikt nie mógł uspokoić dziewczynki. Wtedy dziadek wpadł na pomysł. Przyniósł lustro i kazał Sarze się w nim przejrzeć. Na początku dziewczynka nie chciała. W końcu nieśmiało zajrzała i ku wielkiemu zaskoczeniu zobaczyła w lustrze swoją uśmiechniętą twarz. Przypomniał sobie o cudownym lekarstwie i od razu poczuła się lepiej.
– Mamusiu, to prawda. Uśmiech jest najlepszym lekarstwem na smutki. 
Babcia z dziadkiem dodali:- Twój uśmiech ma leczniczą moc. Sara uśmiechała się do siebie i do innych. Uwierzyła w leczniczą moc uśmiechu.

Podróż w kosmos

Był sobie kiedyś chłopiec, który marzył o podróży kosmicznej. Chciał polecieć na Marsa. To było jego marzenie. O niczym innym nie myślał, kosmos towarzyszył mu wszędzie. W jego pokoju można było zauważyć planety porozwieszane przy suficie, na ścianach tapety z kosmosem, magiczne lampy wulkaniczne, dużo gier i puzzli o tematyce kosmosu, jego ulubiona to Chińczyk, Węże i drabiny- Star Wars. Pewnego dnia wziął udział w konkursie wiedzy o kosmosie i zajął w nim pierwsze miejsce. Był bardzo uradowany, że jego codzienna pasja pomogła mu w przeżyciu przygody życia. Wygraną była wycieczka na jego ulubioną planetę Mars. Oczywiście musiał się do tego przygotować. Przeszedł szereg testów, które oczywiście były bardzo wymagane. Oj jego radość była ogromna, gdy w końcu wszystko zostało zapięte na ostatni guzik i dostał termin wyjazdu.
Przed podróżą jego znajomi i rodzina gorąco go pożegnali i z utęsknieniem wyczekiwali jego powrotu.
W czasie podróży statkiem kosmicznym podziwiał planety i gwiazdy. Był w siódmym niebie, wszystkie widoki na pewno zapadną mu głęboko w pamięci.  Po wylądowaniu przywitał go mały Marsjanin, który nazywał się Piksi. Dowiedział się od niego, że Marsjanie żyją podobnie jak ludzie na Ziemi. Zakupy robią w sklepach, wieczorami chodzą do kina i teatru, a małe dzieci do szkoły, i tak jak on uczą się dodawania, odejmowania i tabliczki mnożenia. Najbardziej spodobały mu się ich samochody, które nie jeżdżą po ulicach, tylko latają w powietrzu. Na koniec jego wyprawy pożegnał się z Piksim i zaprosił go do siebie na Ziemię.
Podróż ta długo pozostanie w jego pamięci będzie czekał na swojego przyjaciela Piksiego.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Zagubiona zabawka

Dawno temu był sobie mały chłopiec o imieniu Staś. Staś nie należał do dzieci, które nie szanują zabawek. Starał się dbać o nie, ponieważ gdyby z nich wyrósł wiedział, że mogą przydać się innemu dziecku, które będzie w potrzebie. Nie było tych zabawek dużo, ale jak każde dziecko Staś również miał swoją ulubioną zabawkę. Był nim mały drewniany samochodzik. Od początku bardzo przypadł mu do gustu. Starał się go szanować i bardzo dbał o niego. Staś nie był bogatym chłopcem, który dostaje stosy nowych zabawek codziennie. Potrafił docenić to co ma.
Na półce w jego pokoju stało zatem niewiele zabawek. Wśród nich stał ten mały, drewniany samochodzik. Najbardziej ulubiona zabawka chłopca.
Pewnego dnia w czasie zabawy, mały samochodzik gdzieś zniknął. Staś szukał i szukał, ale nie mógł znaleźć swojej zabawki. Było mu ogromnie przykro, że mimo iż tak dbał i pielęgnował swoją zabawkę ona gdzieś przepadła.  Rodzice kupowali mu inne samochody, ale żaden nie był podobny do tego ulubionego. Staś chodził bardzo smutny, miał cały czas nadzieję, że jakimś cudem odzyska swą zgubę i nadal będzie mógł się cieszyć swą ulubioną zabawką. Lecz tak się nie stało. Rodzice Stasia bardzo się martwili o chłopca więc co jakiś czas kupowali mu coś nowego a to puzzle, a to różne gry, nawet sprawili mu Rodzina Treflików- loteryjka edukacyjna. Lecz to nie przynosiło efektów.  Mijały lata. Chłopiec rósł, ale i wtedy nie mógł zapomnieć o swoim małym drewnianym samochodziku. Pewnego dnia mama poprosiła dużego już Stasia, żeby pomógł jej w porządkach na strychu. Młodzieńca zainteresowała duża drewniana skrzynia. Otworzył ją i zobaczył wśród starych zabawek mały drewniany samochodzik.
Bardzo się ucieszył. Ukochana zabawka Stasia wróciła na półkę. Teraz jest ulubioną zabawką jego młodszego brata Karola.

Wylot na Marsa

Dawno, dawno temu pewna dziewczynka o imieniu Karolina wyczytała w książce, że na Marsie odkryto wodę. Pomyślała, że mogłaby zamieszkać z rodziną na Marsie. Powiedziała o tym tacie. Tata obiecał, że to przemyśli, ale najpierw musi zobaczyć tę planetę. Tacie Mars bardzo się spodobał i też chciał tam zamieszkać. No to teraz pozostała nam tylko mama do przekonania. Niestety z nią tak łatwo nie poszło, nie chciała się zgodzić od razu. Musieliśmy z tatą używać wiele argumentów, aby uwierzyła nam, że może to być przygoda naszego życia. Oczywiście jak to mama bała się jak to będzie, gdzie będziemy mieszkać, czy są tam sklepy, czy znajdę sobie przyjaciół. Troszkę nam zajęło, aby mama powiedziała w końcu ok jedziemy. Pakowało się i przygotowywała do tego wyjazdu na pewno ponad miesiąc. Nie chciała  nic zapomnieć, bo bała się, że na miejscu może jej czegoś zabraknąć. Mi to zajęło o wiele mniej czasu niż jej. Wiedziałam, że gdy dolecimy na pewno spotkam wiele dzieci w mym wieku, oczywiście które mogą się trochę się różnić ode mnie, ale to sprawiało mi jeszcze większą frajdę z wyjazdu. Postanowiłam spakować parę mych ulubionych zabawek min. puzzle- Droga mleczna, Chińczyk- Tomek i przyjaciele i przeróżne gry.
Tydzień później Karolina z rodziną poleciała na Marsa. Spotkali tam rodzinę Marsjan. Przywitali się z nimi. Marsjanie mieli dwoje dzieci – córeczkę i synka. Mieszkali w małym domku, który był bardzo stary. Karolina zaprzyjaźniła się z dziewczynką, a jej brat z chłopcem. Dzieci często razem się bawiły. Karolina nauczyła Marsjanków zabaw, w które bawią się dzieci na Ziemi. Często bawili się w berka i chowanego. Karolina i jej rodzina zamieszkali bardzo blisko domu Marsjan.
Karolinka była bardzo szczęśliwa. Od września pójdzie do marsjańskiej szkoły.